2009-08-23
PS. WSZYSTKO W ŻYCIU JEST TAK, JAK MA BYĆ!
Stało się coś niesamowitego. Dostałam właśnie maila ze zdjęciami z francusko - polskiej produkcji filmu "Les Milles" w reżyserii Sebastiena Gralla.
W ramach tego konkursowego blogu, odświeżyłam kontakty z wieloma ludźmi, gdyż nie mam w większości żadnych swoich zdjęć. W licznych przeprowadzkach zginęły mi prawie wszystkie, jakie posiadałam, co jest bardzo smutne. Napisałam także wramach tych poszukiwań do znanego francuskiego aktora, Jeana- Yves'a Thuala, którego poznałam na planie tego filmu czy nie ma zdjęć. Odpisał mi, że ma, ale nie wiedziałam, czy zdąży je zeskanować i mi przesłać przed końcem konkursu, bo wyjechał z Paryża na wakacje i nie zapowiadało się, że wróci przed wrześniem. Wrócił, specjalnie żeby mi je przesłać i zdążył!
Widzę je po raz pierwszy!
Ponieważ znam bardzo dobrze język francuski, pomagałam na planie tego filmu jako tłumaczka. Grali w nim wielcy aktorzy francuscy tacy jak Jean-Pierre Marielle, Philippe Noiret i polscy - Henryk Bista, Jan Peszek, Marek Walczewski, Eugeniusz Priwieziencew, Hanna Stankówna, wystąpił nawet Janusz Olejniczak w roli bułgarskiego pianisty.
Teraz tak myślę, że to właściwie niezwykłe zrządzenie losu - moja fascynacja kinem rozpoczęła się od filmu wojennego, który jako dwulatka oglądałam w czarno-białym telewizorze i pierwszy plan zdjęciowy z prawdziwego zdarzenia (scenografia była do tego filmu specjalnie robiona, widziałam też jak jest zdejmowana, ten duży budynek na zdjęciach to scenografia), na jakim byłam w swoim życiu, to także był film wojenny.
Ten film był kręcony latem, w 1995 roku. Wtedy już wiedziałam że jestem przyjęta na studia reżyserskie, ale jeszcze nie wiedziałam jakie filmy będę robić i o czym. Te kilkanaście, które zrobiłam do tej pory pokazały mi, że w moim zawodzie trzeba czasem iść za odruchem serca, a nie tego, co się ma w planach. Tak powstały wszystkie moje filmy dokumentalne.
Jestem ogromnie szczęśliwa (i niewyspana) i Wy też bądźcie - ogromnie szczęśliwi i wyspani!
Dziękuję za konkurs, dzięki niemu chce się marzyć, żyć i tworzyć!
2009-08-23
MARZENIE - FILM O WARSZAWIE. FELLINI: "YES, I WANT IT!"
Opis
Bardzo lubię moment, w którym Sofia Loren wręcza Oscara Federico Felliniemu. Jest to jedna z najzabawniejszych scen, jakie można zobaczyć z Fellinim.
Federico Fellini otrzymał honorowego Oscara za całokształt w 1993 roku (w tym samym roku umarł).
Zapraszam do obejrzenia filmu:
http://www.youtube.com/watch?v=1Xs5kbd6gtE
Czy się spełni moje marzenie, żeby kupić kamerę i zrobić film? Nie wiem - ale chciałabym na koniec powiedzieć tak szczerze, jak Fellini odbierając statuetkę: "Yes, I want it!"
2009-08-22
RYSUNKI. MALARSTWO. SCENOGRAFIA. REALIZM I WYOBRAŹNIA. PODZIĘKOWANIA.
Zapraszam do oglądania moich prac plastycznych (kilka z nich do wcześniejszego postu o portretach powiększyłam, bo tam są w rzędzie portretów mało widoczne).
Są tu m.in. portrety znanych postaci kultury, podaję kolejno rzędami od góry - Władysław Hasior, Irena Sendlerowa, Joseph Conrad Korzeniowski, Lew Tołstoj, Zbigniew Cybulski, Fryderyk Chopin, Bronisław Gieremek, Wojciech Jerzy Has, Zbigniew Religa, Jan Paweł II, Pablo Picasso (z popielniczką), Antoine de Saint - Exupery, Ryszard Kapuściński, Tadeusz Kantor (kilka szkiców w różnych pozach), Witkacy jako dziecko, Andrew Wyeth. Wśród nich są też portrety moich znajomych.
Umiejętność rysowania pomaga mi w tworzeniu i wymyślaniu scenografii, nie robię natomiast storyboardów (dokładnego wyrysowywania kadrów). Uważam, że artysta powinien swój film widzieć i mieć go w głowie, a nie go narysować i tylko przewracając kartki, odtwarzać kolejno ujęcia według tego, jak są narysowane.
Jeśli inscenizacja jest bardzo skomplikowana, to storyboard może się przydać, ale nie do pomyślenia dla mnie jest to, żebym miała tworzyć tylko na podstawie storyboardu. To ogranicza ruchy na planie, na którym praca, choć w konkretnym kierunku, powinna jednak trochę być improwizacją.
Storyboardy używane są w reklamie, gdzie skutki tego są widoczne - nawet pies wbiega stamtąd skąd powinien, a także niemowlęta przewracają się przez sen na taki bok, który narysowła storyboardzista i ma przygotowany szwenkier.
Wszystkie te dziedziny, które spłycają sztukę obrazu filmowego (a jest to sztuka wielka, tylko trzeba oglądać wielkich mistrzów) spowodowały, że film staje się ruchomą wersją komiksu. Kino amerykańskie, filmy akcji zwłaszcza przypominają coś, co nie da się już nazwać kinem, jest to ruchomy komiks.
Tak jak malarstwo, w czystej postaci - krajobraz, martwa natura, człowiek zaczyna powoli zanikać wtapiając się w techniki graficzne, tak obraz traci swoją moc. To bardzo wielka szkoda, że wysoka technika powoduje spłycenie narracji.
W moim życiu, a napisałam tutaj o nim już stosunkowo dużo, ogromną rolę odgrywa sztuka. Właściwie żyję tylko nią. Tworzenie, to sposób na życie, potrzeba wewnętrzna, pasja. Muzyka, malarstwo, rysunek, grafika, literatura, scenariopisarstwo, montaż, dźwięk, rzeźba, języki, tłumaczenia i przede wszystkim film. Czym się jeszcze zajmę w życiu - tego nie wiem. Mam nadzieję, że już tylko filmem. Tak bym przynajmniej chciała. Tworzyć filmy.
W 2007 roku otrzymałam Nagrodę UNESCO dla młodego twórcy za "interesującą twórczość poetycką, malarską i filmową" - była to bardzo prestiżowa nagroda łącząca aż trzy dziedziny, zwłaszcza, że te lata faktycznie zgłaszałam wiersze, prozę, grafiki, zdjęcia na konkursy i wygrywały one nagrody i ucieszyło mnie to, że zostało tak wysoko ocenione przez Komitet Unesco.
Dostałam ostatnio kilka nagród za plastykę i fotografię, (poetyckie już wymieniałam we wcześniejszych wpisach za zdjęcia, m.in. Nagrodę Grand Prix Konkursu Fotograficznego w Sopocie, Wyróżnienia za grafikę m.in. w Konkursie "Ten Inny" w Warszawie, którego motywem przewodnim był człowiek "inny" - co wzięło się z książki Ryszarda Kapuścińskiego o tym tytule, zrobiłam też projekty okładek tomików poetyckich, ilustracje do książki, opracowanie graficzne do pism poetyckich.
Mam w przygotowaniu książkę dla dzieci z moimi rysunkami.
Raz jedna dziedzina wypiera inną, a raz tamta jakby nie istnieje, bywają miesiące, że rysuję codziennie, a bywa, że nic. Od wielu dni na przykład nic nie narysowałam, bo piszę blog, ani - co jest zadziwiające, nie obejrzałam żadnego filmu! A nawet ani na sekundę nie włączyłam TV... i jakoś jeszcze funkcjonuję... o dziwo ;-).
Mam taki charakter, że coś mnie wciąga od razu - tak jak ten blog mnie pochłonął całkowicie - jest 5. 30 rano a ja wciąż piszę... i tak od prawie miesiąca.
Pisanie bloga było fascynującym zajęciem. Przy okazji odnowiłam wiele kontaktów z przyjaciółmi z Kenara i ze Szkoły Filmowej (jeszcze nigdy nie siedziałam tak długo przy internecie:-), logując się na naszej klasie, założyłam kanał na youtube, a także przeżyłam naprawdę fascynujący czas "całkowitego uzależnienia od internetu" ;-).
Nie wiem - czy wciąż jest lato, czy już nie? Co się dzieje na świecie?
Wybieranie zdjęć, wybieranie fragmentów filmu, wybieranie rysunków, montowanie, renderowanie, wklejanie, sprawdzanie czy jest. Czyli montaż....
Chciałabym ogromnie podziękować wszystkim, którzy na mnie głosowali.
Szczególnie dziękuję mojemu bratu Markowi, który do mnie dzwonił i wspierał mnie duchowo, Hadrianowi - fotografowi mody, mojemu sąsiadowi, który podzielił się szybkim internetem, Mariuszowi - szefowi firmy Vobis, którego wielkoduszność spowodowała, że mam pustego laptopa na czas pisania blogu (którego pulpit, nie wspominając już o twardym dysku wygląda tak, jak by uderzył w niego znowu nowy tajfun danych ;-), tajemniczym mocom reklamowym, które sprawiły, że dowiedziałam się o tym konkursie w ostatni dzień jego zamknięcia, moim szarym komórkom za to, że cicho siedzą i nie buntują się, że nie widziały żadnego filmu od wielu dni, informatykom strony ibuprom, którzy odpowiadali na maile w spawach technicznych, Wam wszystkim którzy czytacie te słowa. I tobie, pastylko ibupromu, którą zaraz przyjmę, bo jestem bez snu... i chyba mam fioletową migrenę ;-).
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie!
2009-08-21
O MONTAŻU. OBEJRZYJ MOJE SEKWENCJE FILMOWE.
W szkole filmowej w Łodzi montowałam na stołach montażowych, przesuwając taśmę filmową z jednej bobiny na bobinę po drugiej stronie. Cięcie robiło się służącym do tego specjalnie przyrządem, a taśmę kleiło się taśmą klejącą przytwierdzoną do tego przyrządu - obraz oglądając na monitorze. I tak za każdym cięciem. Trwało to długo.I było męczące.
Jeden film składa się z bardzo wielu ujęć, więc można sobie wyobrazić jak musiało to wyglądać przed erą komputerów, które zrewolucjonizowały całkowicie postprodukcję.
Montażownie wyglądały w dawnych (wcale nie tak dawnych, bo jeszcze parę lat temu) czasach jak pomieszczenia horror vacui. Wszędzie wisiały ujęcia na specjalnych hakach. A jeśli to był film pełnometrażowy, do którego się robi po 30 dubli jednego ujęcia, połapać się w tym wszystkim było naprawdę ciężko. Montażystki miały swoje asystentki, które opisywały ujęcia, aby można je było odnaleźć.
Obecnie montować może każdy, a programów do montażu jest bardzo dużo. Od bardzo dawna sama montuję swoje filmy, gdyż lubię tę pracę i nie wyobrażam sobie, aby to ktoś robił za mnie, jak to jest na przykład w Stanach (oczywiście wielcy twórcy są w montażowni), gdzie to nie jest konieczne.
Jest to niezwykle kreatywne zajęcie. I bardzo wciągające. Jest to prawdziwe zajęcie, którego efekt widać każdego dnia - film się posuwa do przodu, tworzysz go na swoich oczach jeszcze raz i to jest fantastyczne przeżycie.
Każdy lubi, jak coś mu wychodzi - montaż daje tę właśnie satysfakcję. Po ośmiu godzinach pracy jest zazwyczaj... 1 minuta filmu. Tak, tak właśnie to wygląda. A jeszcze, tę minutę poprawi się kilkanaście razy. A może w ogóle się usunie z filmu. Ale to nie przeszkadza, aby kochać to zajęcie.
Załączam kilka niemych scen, podmontowanych do tego blogu, aby łatwiej mi było wyjaśnić pewne rzeczy.
Widz oglądając te sekwencje, nie bardzo zdaje sobie sprawy (i słusznie, do niego należy oglądanie, a nie zastanawianie się ile tu jest ujęć) ile w tych krótkich sekwencjach zostało zrobionych cięć. I jakie efekty zostały podłożone.
Podłożyłam zwolnienia, (nie wszędzie je widać) przyspieszenia (także nie wszędzie je widać), przenikania, w wielu miejscach zmieniłam kierunki, przesuwając osoby z lewa na prawo, do tego podłożyłam inne efekty aby wydobyć niektóre rzeczy - to wszystko właśnie powstaje w montażu.
Poza "zabawą" techniczną, opisaną powyżej, montaż to przede wszystkim praca merytoryczna.
Każdy film opowiada jakąś historię, ma jakiś przekaz. Aby doprowadzić widza do końca, trzeba go prowadzić przez cały film aby otrzymał przekaz filmu. To jest właśnie montaż - prowadzenie widza przez film.
Montaż to genialne zajęcie.
Podam przykłady swojej interpretacji nakręconych przeze mnie i podmontowanych scen, do tego blogu ale zachęcam też do samodzielnego zinterpretowania załączonych sekwencji:
Np. w pierwszej sekwencji widzimy w przedostatnim ujęciu, że torreador jest tyłem, (nota bene dodam że jest to Jose Tomas, bożyszcze torreadorów i tylko on ryzykuje w ten sposób z muletą tyłem, z resztą w przerwach pomiędzy korridami mieszka w szpitalach, jest cały w szwach) odwraca się w kierunku byka i jest cięcie. Następne ujęcie - ktoś bardzo szybko biegnie do niego. Coś się widocznie mu stało, ale nie widzimy co. Jednak wyraźnie wiemy, bo ten człowiek biegnie w jego kierunku.
Tymczasem ujęcia zostały kiedy indziej nakręcone. A zmontowane razem - tworzą jakąś historię. Tę historię, którą tu opowiedziałam, stworzyłam z surowych ujęć. Abslutnie nie związanych ze sobą, jeśli chodzi o zdarzenia.
W drugiej sekwencji widzimy samotnego niewidomego mężczyznę, który na kogoś czeka. Peron pustoszeje, ktoś do niego podchodzi (może tak tylko mu się zdaje?), widz poprzez to, że jest to przenikanie nie wie, czy ten ktoś faktycznie podszedł, czy jest to tylko wyobrażenie niewidomego?
W trzeciej sekwencji widzimy tego samego mężczyznę, który teraz jest w bliższych planach - widzimy wyraźnie że ma pod pachą prezent, wyraźnie na kogoś czeka. Wiemy, że jest niewidomy, ma białą laskę. Ludzie z pociągu wychodzą, on ich nie widzi, czeka aż jego ta osoba na którą czeka zobaczy. Potem jest ujęcie kobiety w pociągu. Ona jedna nie wysiada. Dlaczego? Nie chce się z nim spotkać? A może czeka na kogo innego, może wcale go nie zna? A może się rozmyśliła, nie chce z nim być? Już jest jakaś historia, a są to maximum 20 sekundowe fragmenty.
Montażem jest także pisanie blogu. A nawet listu do kogoś. Jest to synteza naszych myśli i uczuć. Wszystkiego się powiedzieć nie da. Trzeba wybrać co najważniejsze. To jest właśnie montaż.
2009-08-21
DZIECI - OD NICH MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ PASJI. OBEJRZYJ MOJE ZDJĘCIA DZIECI, PRZECZYTAJ MOJĄ BAJKĘ, KTÓRA OTRZYMAŁĄ GRAND PRIX W OGÓLNOPOLSKIM KONKURSIE BAJEK W KOSZALINIE W TYM ROKU! O MOJEJ PRACY TEATRALNEJ, FILMOWEJ I PLASTYCZNEJ Z DZIEĆMI.
Dzieci są bardzo ciekawe świata - praca z nimi, chociaż jest bardzo trudna i wyczerpująca, jest bardzo wdzięczna, gdyż są one bardzo twórcze, niczym nieskrępowane w wymyślaniu, a także wierzą we wszystko, przynajmniej do lat około 6 ;-) nie stanowi dla nich żadnego problemu wiara w rzeczy wymyślone. Są też bardzo miłosierne, co jest wielką rzeczą. Nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło spotkać złe dziecko - i bardzo przykre jest, kiedy dzieci wyrastają w przemocy, lęku, poniżeniu i stają się złe pod wpływem świata, tego co dorośli im pokażą, a co często niestety, jest dla nich zgubne.
W galerii moich zdjęć dzieci z tego roku - widać mam nadzieję, jak wspaniałe są dzieci. Ale widać także, że muszą żebrać, ale i pracować i to już w bardzo młodym wieku. Inaczej jest kiedy jest granie na Starówce w wakacje, a inaczej kiedy jest to praca w supermarkecie, albo sprzedaż czereśni, czy konwalii. Świat tych dzieci, które pracują jest inny, one się nie uśmiechają. A uśmiech dziecka jest najwspanialszą rzeczą na świecie. Nie można go zabijać bezmyślnie.
Dotąd tak się szczęśliwie złożyło, że pracowałam z dziećmi, co każdorazowo dawało mi ogromną radość. Prowadziłam w nimi zajęcia, jeszcze w w czasach liceum - a uczyłam się w liceum sztuk plastycznych w Zakopanem, słynnym Kenarze i w wakacje zarabiałam nieraz jako instruktorka rysunku. Poznałam bardzo dobrze dzieci, ich marzenia, pasje, talenty - są niepokonane w swoich marzeniach.
W tym roku także, na 100 -lecie śmierci wybitnej polskiej aktorki, Heleny Modrzejewskiej, we współpracy z Instytutem Teatralnym w Warszawie zrobiłam dzieciom spotkanie teatralne i warsztaty plastyczne, na których dzieci słuchały opowiadanej przeze mnie bajki, którą wielka aktorka napisała dla swojego wnuka (czarno- białe zdjęcia i kilka kolorowych są z tego spotkania). Dołączam też plakat do tego przedstawienia mojego autorstwa.Zrobiłam także wiele rysunków bajkowych, które wyświetliłam w trakcie tego przedstawienia.
Dzieci są prawie w każdym moim filmie - a często się zdarza, że są głównymi bohaterami filmów - jak w filmie dokumentalnym "Geniusz", który opowiada o małym, 3-letnim chłopcu obdarzonym wielkimi talentami.
Wcześniej opisywałam, że dzieci w moim filmie "Terrorysta, on patrzy" zadebiutowały i odtąd są zawodowymi dziecięcymi aktorami, co mnie bardzo cieszy, że potrafiłam rozbudzić w nich tę piękną pasję do aktorstwa. Aktorstwo jest wspaniałym zawodem - trzeba tylko traktować je jak pasję.
Uważam, że każde dziecko ma talent, a także pasję, aby ten talent mógł się realizować. Ja także, w wieku 2 lat miałam już pasję - było nią kino wojenne (!), o czym pisałam na samym początku, potem w wieku 9 lat marzyłam o tym, aby mieć kamerę filmową (teraz marzę o cyfrowej), a wcześniej jeszcze chciałam fotografować.
W dzieciństwie bardzo dużo rysowałam i rysuję do dziś, ta pasja we mnie nie umarła.
Jeśli coś nie jest narzucone z góry przez rodziców, a dziecko samo chwyta za pędzel, czy smyczek, czy cokolwiek innego - to w życiu, jako dorosły człowiek, odnajdzie swoją drogę. Nawet jeśli życie często się układa tak, że te pasje nie w pełni możemy realizować, co jest smutne i trudne do przyjęcia - nie należy zapominać o tym, co kochamy i starać się to realizować.
Bardzo często się zdarza, że dzieci apodyktycznych rodziców muszą wykonywać to, czego chcą ich rodzice - często latami błądzą, wybierają nawet nie ten kierunek studiów co chcą, a taki, jaki narzucą rodzice. To się kończy źle, często stwierdzeniem "to były zmarnowane lata". I trzeba nieraz długo kluczyć, aż odnajdzie się swoją drogę.
Aby być marzycielem, trzeba być dzieckiem - poszukać w sobie dziecka. Każdy jest dzieckiem, bo nim był, więc pamięta i wie, jak się nim jest. Marzenia się zawsze spełniają.
Jeśli będę miała kamerę, to na pewno zrealizuję wiele filmów, a dzieci znajdą się jeszcze w niejednym moim filmie, zarówno dokumentalnym jak i fabularnym.
Dołączam także, zrobione przeze mnie zdjęcia moich figurek - figurki są z modeliny. Są one bardzo małe, mają około 5 cm, wieszam je w domu na choinkę. Zrobienie jednej figurki zajmuje mi około godziny, bo jestem bardzo dokładna.
Pozdrawiam i zapraszam do świata mojej baśni:
Cudowna bajka o myszce i bursztynowym pałacu
Nad morzem żyła mała myszka, która miała na imię Dusia. Była bezdomna. Miała wprawdzie swoją rodzinę, mamę, tatę i trzech braci, ale nigdy ich nie poznała, gdyż kiedy tylko się urodziła w wielkiej piwnicy, niegrzeczny chłopczyk Maciuś, zaniósł ją nad morze i tam zostawił. A że miała jeszcze oczka zlepione, nawet nie widziała, jak oni wyglądają...
Na szczęście w tym okresie, gdy trafiła nad morze myszka było ciepło. To było lato i mała myszka, jeszcze ślepa i bez sierści, tuż po urodzeniu, jakoś przeżyła. Rodzina małej myszki żyje do dziś w tej samej piwnicy domu Maciusia i wierzy że Dusia kiedyś do nich wróci. Ale czy tak się stanie? Dowie się tego tylko ten, kto posłucha do końca tej arcyciekawej bajki...
Mała myszka Dusia przyzwyczaiła się już do morza, którego szum bardzo polubiła. Od małego nauczyła się też dawać sobie ze wszystkim radę sama. Jedynym jej schronieniem od wiatru, śniegu i zimna, a także słońca, był wielki czerwony parasol, który znalazła kiedyś na plaży. To był jej domek.
Dusia była bardzo samotna. Nad morzem nie spotkała żadnej innej myszki, a tak bardzo o tym marzyła. Kto lubi być sam? Także i ona bardzo tego nie lubiła, nie miała się ani z kim pobawić, ani porozmawiać. Ciągle tylko chodziła wszędzie sama...
Kiedy nadeszło lato i czas wakacji, a Dusia miała już rok, nad morze przyjechali rodzice z dziećmi. Było ich bardzo dużo. Myszka często słuchała o czym rozmawiają. Pewnego dnia usłyszała rozmowę rozbawionych dzieci. Niektóre z nich się nie widziały przez dłuższy czas – było to kuzynostwo. Te dzieci bardzo się ładnie ze sobą bawiły i rozmawiały o tęsknocie, a także o tym, że trzeba się częściej widywać, niż raz na rok w wakacje i wtedy myszka Dusia zrozumiała, że ona nikogo nie ma i nie wie, czy spotka kiedykolwiek swoich braci i rodziców. Przypadkowa rozmowa dzieci na temat rodziny tak głęboko zapadła myszce w pamięć, że postanowiła ona odszukać kiedyś swoich braciszków aby móc się z nimi codziennie widzieć. Czy jej się to uda?
Myszka nie chciała się zaprzyjaźnić z dziećmi, nawet grzecznymi, bo się ich bała. Bała się też dorosłych i w ogóle unikała wszystkich ludzi i zwierząt, aby nic jej się nie stało. Tak bardzo chciała żyć, że wydawało jej się, że najbezpieczniej będzie być samotną. Może dlatego chciała uchronić swoje życie, że tak bardzo marzyła zobaczyć swoich braciszków? A może po prostu bała się ludzi?
Ludzie, którzy odpoczywali na wydmach nie wiedzieli, że pod czerwonym parasolem mieszka mała myszka, dlatego udało jej się przeżyć jedno lato, jesień, zimę, wiosnę, drugie lato, nową jesień i oto co się wydarzyło...
Tego wieczoru, a było to już późną jesienią, myszka spacerowała nad morzem. Zbliżał się zachód słońca, który szczególnie zawsze podobał się myszce.
Było jej szczególnie smutno, bo kropił deszczyk, wiał wiatr, który był zapowiedzią nadchodzącego sztormu i myszka pomyślała, że w jej życiu już nic dobrego nie może się wydarzyć, że już nigdy nie spotka swoich bliskich. Przecież nie wie nawet jak wyglądają...
Nagle, w tej smutnej chwili, kiedy do jej oczek napłynęły łezki, a przyroda stała się taka wroga, Dusia zobaczyła ogromną falę. Tak wielkiej fali wcześniej nigdy nie widziała. Odskoczyła na bok, aby się nie zamoczyć. Fala uderzyła mocno o brzeg i szybko cofnęła się. Wtedy myszka ujrzała tuż przed sobą wielki, błyszczący, żółty kamyk. Nigdy wcześniej takiego nie widziała. Zdarzało się oczywiście, że znajdywała wiele kamyków na brzegu, ale takiego błyszczącego, jak ten, nie. Przez chwilę sądziła, że to tylko złudzenie i prawdopodobnie zachodzące słońce, którego w tej chwili nie było widać za ciemnymi chmurami, oświetliło swoim blaskiem jakiś zwyczajny kamyk...
Podeszła teraz bliżej, dotknęła go i była pewna – był to bursztyn, najprawdziwszy morski bursztyn! Skąd on się tutaj nagle wziął sam jeden? – pomyślała mała myszka. Nie chciała jednak długo myśleć, bo naprzeciwko, w oddali szli ludzie z psem, których się przestraszyła i postanowiła, że zabierze bursztyn na wydmy, gdzie leżał jej parasol.
Od brzegu morza do „domku” Dusi pod parasolem było dość daleko, bursztyn też nie był mały, w dodatku padał silny deszcz, ale udało się myszce zanieść skarb pod parasol.
Kiedy zapadła noc, a na uspokojonym niebie zaświecił wielki jasny księżyc, myszka nie mogła zasnąć, chociaż była bardzo zmęczona. Bursztyn tak bardzo świecił, że Dusia rozmarzyła się. Marzyła o tym, że spotyka swoich braciszków i razem z nimi cieszy się ze swojego znaleziska. Widziała siebie tańczącą z braćmi dookoła bursztynu, swoją mamusię i tatusia... słyszała ich szczęśliwe głosy i śmiechy.
Niestety... jeszcze nie teraz. Z marzenia o rodzinie, wytrącił ją monotonny szum morza, myszka zakopała swój bursztyn do piasku aby nikt go nie zobaczył, przykryła parasolem i udała się znów w stronę morza.
Usiadła na brzegu i patrzyła co przynosi morze. Fale były małe, rytmicznie uderzały o brzeg i się cofały. Nic więcej się nie działo. Na co tak czekała? Oczywiście, na kolejny błyszczący bursztyn! Ale morze nic już tej nocy nie wyrzuciło.
Tak minęło kilka kolejnych dni, które myszka spędziła przy brzegu i nie widziała już ani jednego bursztynu.
Codziennie, gdy z wydm wyruszała ku morzu zakopywała bursztyn i odkopywała późnym wieczorem, aby na niego patrzeć. Bardzo ją to smuciło i zastanawiało: dlaczego tylko jeden raz się to przydarzyło? Czyżby w tak wielkim i głębokim morzu nie ma już bursztynów? To przecież niemożliwe! Zdarzały się jeszcze parę razy sztormy, ale także morze nic nie przyniosło błyszczącego...
Któregoś dnia, zupełnie zrezygnowana brakiem bursztynów na brzegu, powróciła do swojego parasola. Usiadła przy tym jedynym bursztynie, który znalazła i zdziwiła się, że nie świecił, jak dawniej.
Nic się nie stało! Dlatego tak pociemniał, że troszkę się pobrudził tym ciągłym zakopywaniem i odkopywaniem z piasku. Myszka postanowiła go umyć. Poszła więc po wodę z malutkim wiaderkiem w stronę morza. Właśnie zerwał się gwałtowny sztorm.
Już z oddali Dusia zobaczyła, jak brzeg stał się nagle długim, błyszczącym pasmem. Co to takiego?
Pobiegła szybciutko w stronę morza i gdy stanęła na brzegu, ujrzała błyszczące bursztyny.. Było ich miliony... małe, duże i całkiem wielkie.
Co mam teraz zrobić? – pomyślała mała myszka. Jak je zbiorę? Mam tylko jedno małe wiaderko...
Nagle Dusia zobaczyła idącą w swoim kierunku wielką mewę. Wielka mewa szła coraz szybciej do myszki, która stała z wiaderkiem wody i podziwiała bursztyny na brzegu.
Myszka tak bardzo się jej przestraszyła, że ze strachu wskoczyła wprost do morza. O mało nie utonęła, bo zupełnie nie umiała pływać. Na szczęście mewa uratowała Dusię w ostatniej chwili, co nie było takie łatwe, bo jej kolor zlał się z ciemnym kolorem wieczornego morza, które było niespokojne.
Myszka udawała nieprzytomną, choć w duchu cieszyła się, że udało jej się przeżyć. Padał deszcz i zaczął padać grad. Dusia miała zamknięte oczy i przestała na chwilę oddychać. Myślała tylko o tym, że tylko w ten sposób mewa zostawi ją i jej nie zje. Było jej zimno, była cała mokra, jednak się nie ruszała. Wielka mewa tymczasem, a należy powiedzieć, że jest to rzadkie, zaczęła bardzo płakać. Narobiła takiego hałasu, że zleciały się jej wszystkie koleżanki mewy i widząc zamknięte oczy Dusi, zaczęły także bardzo płakać ze smutku. Mewa, która uratowała myszkę, była najstarsza, a także najmądrzejsza ze wszystkich nadmorskich mew. Wszyscy ją szanowali. Odezwała się ona płaczliwym głosem:
- Myszka nie żyje.
Mewy zaczęły jeszcze bardziej lamentować.
Myszka słysząc wielki lament mew, otworzyła delikatnie jedno oko, a potem drugie i krzyknęła: Ja żyję! Mewy się ucieszyły. Deszcz i grad ustał.
Jak możemy ci pomóc? – spytała ją największa mewa, ta sama, która uratowała ją przed utonięciem. Myszka zaczęła kłamać: - Nie potrzebuję żadnej pomocy, mam trzech braci, jeden jest lotnikiem i ma samolot, drugi jest rybakiem, właśnie wypłynął w morze i martwię się o jego życie, chociaż jest dzielny, a mój brat jest marynarzem i dostałam od niego paczkę aż z Argentyny!
Mewy wiedziały, że jest to nieprawda, bo znały myszkę i często widziały, jak samotnie spaceruje brzegiem morza, a nawet widziały jak pochlipuje w samotności.
– Przecież mieszkasz tu zupełnie sama! – odważyła się powiedzieć najstarsza mewa.
– Tak, mieszkam sama, ale to dlatego, że moi trzej bracia są ciągle zajęci pracą i nie mają czasu mnie odwiedzić! Ale kiedy wrócą, zobaczycie jacy są dzielni!
- A gdzie mieszkasz? – spytała ją najstarsza mewa.
- Mieszkam w wielkim pałacu z bursztynów. Mój pałac znajduje się niedaleko morza, niedługo przyjedzie po mnie bursztynowa kareta... zobaczycie, jak będę do niej wsiadać, a bursztynowy stangret otworzy mi piękne bursztynowe drzwi... W tym momencie myszka upadła i zasnęła, nie skończywszy swojej wymyślonej opowieści, bo była bardzo zmęczona i głodna.
Mewy zaniosły ją pod parasol, wiedziały doskonale, że jest bezdomna, przecież one, jako mieszkanki morza, znają tam wszystkich i nie da się ich tak łatwo oszukać.
Tam, pod swoim czerwonym parasolem, myszka słodko spała całą noc, a gdy się obudziła i przetarła oczy, ujrzała, że dookoła niej są same bursztyny, a ona leży w wielkim bursztynowym łóżku z bursztynowym baldachimem, przykryta bursztynową kołderką!
To mewy zbudowały jej bursztynowy pałac, dokładnie taki, o jakim marzyła. Zrobiły to w jedną noc, tak bardzo przejęły się losem biednej myszki.
Ten piękny bursztynowy pałac mewy zbudowały jednak na piasku. Mógł go ktoś ukraść, albo zniszczyć, o czym zupełnie nie myślała Dusia. Tak się jej spodobał pałac w środku, że postanowiła już zawsze w nim przebywać i w ogóle nie wychodzić.
Rozkoszowała się teraz życiem w swoim pałacu. Miała w nim wszystko. W bursztynowej lodówce znajdowały się najsmaczniejsze bursztynowe sery, po bursztynowych schodkach, gdy rano schodziła ze swej bursztynowej sypialni popływać w bursztynowym basenie, myślała tylko o tym jak bardzo jest jej dobrze i wygodnie. Po obiedzie i drzemce bawiła się bursztynowymi zabawkami i oglądała w bursztynowym telewizorze bursztynowe dobranocki.
Myszka nie myślała zupełnie o tym, że w każdej chwili grozi jej niebezpieczeństwo, spoglądała tylko na swój bursztynowy dach i sądziła, że skoro deszcz, ani śnieg nie pada jej na głowę, tak jak wcześniej, gdy była bezdomna, wszystko jest w najlepszym porządku. Nawet wanna w jej pałacu była z bursztynu i wszystkie obrazy na ścianach i okna, także były z bursztynu. W tym bursztynowym świecie udało jej się przeżyć dwanaście dni i dwanaście nocy.
Trzynastego dnia, myszka nagle zleciała ze swego bursztynowego łóżka.
- Cóż to się dzieje? – pomyślała. Otworzyła bursztynowe okiennice i ujrzała coś dziwnego. Drzewa i morze podskakiwało, wszystko dosłownie tańczyło. Myszce zaczęło się kręcić w głowie od tego widoku, usiadła na podłodze
i pomyślała:
- To widocznie trzęsienie ziemi. A może koniec świata?
Nie było to jednak trzęsienie ziemi ani żaden koniec świata. Bo nagle zapanowała całkowita ciemność i cisza.
Tylko głuchy dźwięk jadącego samochodu dało się słyszeć po długiej chwili całkowitej ciszy i ciemności. Myszka pobiegła do kuchni i otworzyła lodówkę. Jedynie stamtąd wydobyło się światło.
Zjadła smaczny ser i czekała co dalej z nią będzie, czy tym razem przeżyje.
Gdy samochód gdzieś dojechał, był to dla niej znak, że trzeba się porządnie schować. Wzięła więc spory zapas sera i zeszła do bursztynowej piwnicy pałacu. Tam schowała się pod bursztynową miotłą. Sądziła, że jest bezpieczna i zajadała smakowity ser, popijając napojem bursztynowym.
Zdziwiła się, że ktoś po chwili dosłownie ją wytrząsł z bursztynowego pałacu. Spadła teraz wprost na podłogę salonu, mając jeszcze w buzi swój ulubiony ser z dziurami, a w ręku bursztynowy napój z bursztynową słomką.
- No tak... pomyślała... ludzie.... któż inny, mógłby mi zrobić taką przykrość...
- To ta sama myszka, którą wyrzuciłem nad morze! Ta okropna myszka urodziła się w naszej piwnicy koło mojego roweru! Poznałem ją! Ma to samo znamię na brzuszku! – krzyknął rozczochrany Maciuś.
Faktycznie myszka Dusia miała malutkie znamię w kształcie bazgrołka na brzuszku. Ale o tym wiedział jedynie Maciuś.
To dla niego tata Antoni, który zwykle o świcie biegał nad morzem, przywiózł pałac z bursztynu, który przypadkiem znalazł na wydmach, gdy biegł już do domu.
Dla Maciusia, myszka Dusia wcale się nie liczyła i chciał ją rozdusić na podłodze swoim butem. Zatrzymał go jednak tatuś.
- Nie rób tego, to dzięki tej myszce, znalazłem ten bursztynowy pałac. Dziś są twoje urodziny, niedługo pójdziesz do szkoły, a jesteś wciąż taki niegrzeczny! Wstyd mi za ciebie! Jak możesz zabić takie piękne stworzenie?
- Piękne? – zachichotał Maciuś.
- Ono także ma uczucia, zobacz wcale się nawet nie ruszyło, kiedy chciałeś je rozdeptać, tak bardzo jest bezbronne... zobacz jaki masz pałac dzięki niej.
- Jak to, dzięki tej brzydkiej, małej myszce znalazłeś ten piękny pałac? – zdziwił się Maciuś, który nigdy nie czesał swoich włosów, nie lubił stworzeń mniejszych od siebie i był bardzo niegrzeczny wobec innych.
- Tak, dzięki niej.
- Jak to? – pytał dalej zaciekawiony Maciuś.
- Biegłem wzdłuż brzegu, jak codzień, słońce właśnie wstało. Nade mną latała jakaś wielka mewa. Nie wiedziałem o co chodzi i ją przegoniłem, bo mi przeszkadzała, bo za blisko latała. Kiedy już się spociłem, pobiegłem jak codzień dróżką przez wydmy i wtedy znowu podleciała do mnie ta wielka, tajemnicza mewa i usiadła mi wprost na ramię. Chciałem ją przegonić, ale ona wyszeptała mi do ucha, że mam iść wolno i zajrzeć pod parasol, który mijaliśmy. Kiedy tam podszedłem, wydawało mi się to śmieszne. Po co miałbym zaglądać pod parasol? Mewa sama chwyciła parasol i moim oczom ukazał się nagle bursztynowy pałac, który stał pod parasolem.
Przed odlotem wielka mewa powiedziała mi jeszcze, że jeśli znajdę tam myszkę, będzie to znaczyć, że mam zabrać pałac i myszkę do domu i dać to w prezencie urodzinowym swojemu synkowi.
Zajrzałem do środka. Przez szparę okienną zobaczyłem myszkę, która spała, więc jej nie budziłem, wziąłem pałac i myszkę i szybko pobiegłem do samochodu aby ci to dać w prezencie...
Myszka, która poczuła w tacie Antonim, obrońcę, odezwała się nagle głośno:
- Tak, to dzięki mnie Maciusiu! To jest mój pałac! Wybudowały go dla mnie mewy, które ulitowały się nad moim losem. Byłam bezdomna, mieszkałam na plaży pod wielkim czerwonym parasolem, przez ciebie cierpiałam głód, chłód i tęsknotę, bo kiedy byłam jeszcze ślepa i tylko się urodziłam, zaniosłeś mnie na wydmy i tam zostawiłeś na pastwę losu, odłączając od moich braci, tatusia i mamusi!
Tato Antoni nie wiedział, że tak się stało, bo był lepszego zdania o Maciusiu. Było mu przykro, że tak nieładnie się zachował jego jedyny synek, którego przecież bardzo kochał.
Zaproponował myszce Dusi mieszkanie w swojej piwnicy, ale myszka się nie zgodziła. Przyzwyczaiła się już do warunków mieszkania w bursztynowym pałacu i wiedziała, że będzie jej trudno mieszkać wśród rupieci w piwnicy. Maciuś uważał, że pałac się należy jemu i ma stać w jego pokoju. Miał oczywiście rację, bo tak powiedziała wielka mewa, którą każdy nad morzem darzył szacunkiem. Maciuś jednakże zapomniał o jednym, dla niego nieznaczącym szczególe. Mianowicie o tym, że wielka mewa miała na myśli to, że prezentem urodzinowym dla Maciusia ma być i pałac i myszka. A nie tylko pałac. Tatuś się spieszył i musiał już iść do pracy. Poprosił o natychmiastowe rozstrzygnięcie sporu.
Spór o to, gdzie ma mieszkać myszka, znaleziona na plaży został rozstrzygnięty:
- Myszka będzie mieszkać w piwnicy dotąd aż ja nie nacieszę się pałacem sam! Będą tam mieszkać moje samochody i roboty! A kiedy mi się znudzi oddam go myszce! – wykrzyknął Maciuś. Wziął pałac i pobiegł do swojego pokoju, pełnego zabawek, z których żadna nie cieszyła się z takiego obrotu sprawy. Wszystkie zabawki Maciusia bardzo współczuły myszce i nawet jego najcierpliwszy robot uciekł pod łóżko, aby Maciuś nie mógł go znaleźć przed wyjściem do przedszkola, bo obraził się na niego.
Myszce zrobiło się przykro, ale ustąpiła. Zeszła z tatą do piwnicy. Tam się z nim pożegnała. Umówili się po cichu, że zmienią Maciusia wspólnymi siłami, gdyż nie może on być takim egoistą. Bycie egoistą jest przykre i dla taty i dla myszki, która przecież, pomimo tak trudnego losu, na który skazał ją ten chłopczyk, nie miała nic przeciwko niemu. A nawet go polubiła, bo nie był wcale taki zły, jakiego udawał. Był jeszcze przecież małym chłopczykiem, który miał prawo robić błędy.
W piwnicy, którą od razu poznała myszka Dusia, panował większy ład, niż wtedy kiedy się tam urodziła. Minął już cały rok i kilka miesięcy. Dusia rozglądała się dookoła i pomimo porządku, nie podobała jej się myśl, że ma tu zamieszkać. Nie było tam tak źle, ale dla niej, wyrzuconej nagle z pałacu bursztynowego, były to warunki przerażające.
Usiadła na drewnianej podłodze i się rozpłakała. Wtedy nagle, zza miotły wyszła cała rodzina myszki Dusi. Od razu ich poznała. Po czym, tego nie wie nikt. Widocznie serce podpowiedziało to, czego oczy nie widziały. Bo przecież, gdy się urodziła, była jeszcze ślepa. Tak bardzo się teraz cieszyła, że widzi swoją mamusię, tatusia i braciszków, że zapomniała o tym, gdzie się znajduje i o swoim bursztynowym pałacu, który utraciła.
Mamusia Dusi dała jej malutki kawałeczek sera i dwie kropelki mleka. Oddała jej swoją porcję śniadania, bo któż by wiedział, że ten cud stanie się dzisiaj? Gdyby tylko wiedziała, że do piwnicy wróci jej cała i zdrowa córeczka Dusia, spod ziemi by wydobyła dla niej najsmaczniejsze pożywienie.
Dusia tak bardzo była szczęśliwa, że natychmiast zjadła ten malutki kawałeczek sera. Był to skromny poczęstunek, ale Dusia tego nawet nie poczuła. Najadła się tym do syta, bo otoczyła ją miłość i troska rodziny.
Gdy wieczorem do domu wrócił tatuś Antoni, zszedł z Maciusiem do piwnicy. Dowiedzieli się oni, że myszki, pomimo trudnych warunków mieszkały u nich w piwnicy, nieraz cierpiąc głód, zimno i tęsknotę za Dusią. Dzięki nadziei, że Dusia kiedyś do nich wróci, udało im się z trudem, ale jednak przeżyć. Maciuś bardzo się zamyślił nad tym, bo jemu nigdy nic nie brakowało. I postanowił całą rodzinę myszek wziąć do siebie do pokoju.
Zamieszkały one w bursztynowym pałacu. Maciuś codziennie się nimi opiekował, kupował im najsmaczniejsze sery i zawsze dbał o to, żeby miały co pić. Dusia wszystkim na dobranoc opowiadała piękne bajki o morzu, które bardzo dobrze poznała. Mamusia Dusi, Halina, czesała włosy Maciusia, który bardzo to lubił. A braciszkowie Dusi – Kubuś, Staś i Kajtek pomagali mu składać zabawki, które widząc jak zmienił się ich gospodarz Maciuś, chętnie się z nim bawiły.
Wszyscy razem, zgodną rodziną, gdy nastało znowu lato, udali się do morza. Spotkali wielką mewę i jej przyjaciółki. Wielka mewa nadal, aż do dziś, opiekuje się tymi, którzy są biedni, opuszczeni i samotni, nie zważając czy są to ludzie, czy małe zwierzątka.
Mała myszka Dusia pokochała wielką mewę. Nazwała ją Mewa Latające Serce i gdy troszkę podrosła nauczyła się biegać. Tą pasją zaraził Dusię tato Antoni, który cieszył się, że teraz codziennie o świcie biegała z nim wzdłuż brzegu, a Mewa Latające Serce zawsze im towarzyszyła.
Maciuś wyrósł, sam teraz dba o swoje uczesanie i jest znanym bursztyniarzem, a trzej bracia myszki Dusi pomagają mu do dziś wyrabiać piękne korale, które noszą eleganckie kobiety... tylko czerwony parasol, pod którym mieszkała myszka Dusia, przedziurawił się. Ale to nie szkodzi, bo stał się sławnym domkiem myszki Dusi i stoi w muzeum parasoli, gdzie codziennie dzieci go oglądają i słuchają bajki o tym, jak bezdomna myszka dzięki życzliwości mew i ludzi spełniła nie jedno swoje marzenie – spotkać swoją rodzinę, a wiele swoich małych i wielkich marzeń... a to wszystko dlatego, że bursztyn ma moc spełniania marzeń i wszyscy, którzy go znajdą, czy dostaną w prezencie od dobrych ludzi bądź mew, będą szczęśliwi i sprawią szczęście innym. I wy dzieci, bądźcie dobre i hojne i podarujcie innym ludziom bursztyny - ten piękny, słoneczny polski skarb, który ma moc spełniania marzeń!
2009-08-21
RZECZYWISTOŚĆ A FILM. DLACZEGO KINO MA TAKĄ MOC? O PATRZENIU I CO Z TEGO WYNIKA DLA CZŁOWIEKA. W JAKI SPOSÓB ROZWIJAĆ SWOJĄ PASJĘ? NAJCIEKAWSZY FILM ŚWIATA.
Pierwsze z załączonych zdjęc przedstawia moją Matkę, która pracowała jako kinooperator w wieku 14 lat. Szkołę średnią ukończyła we Lwowie. Była i jest nadal prawdziwą niepokonaną kinomanką.
Mama moja naprawdę widziała 95% tego, co ja, a to jest już bardzo, bardzo dużo :-)
Obejrzałam tysiące filmów (oglądam je od 2 roku życia, prawie codziennie po kilka filmów, z czego 80% wszystkich zobaczonych filmów widziałam w kinie). Ale dopiero jak się we dwie spotkamy, i mamy wolny czas, potrafimy przez dwa tygodnie obejrzeć 100 filmów na DVD. Dom wtedy zamienia się w salę kinową. na pełnych obrotach Telefony są wyłączone, cała rzeczywistość istnieje poza salonem, w którym oglądamy filmy. Wychodzę tylko do pobliskiego sklepu, po coś do jedzenia.
Ponieważ znam 9 języków obcych, nie muszę filmów oglądać z napisami, ani z dubbingiem. Ale Mama moja nie zna aż tylu języków, a ja nie lubię jak coś mi skacze i przeszkadza na dole kadru. Dlatego często się zdarza, że tłumaczę dodatkowo na żywo dialogi, co jest świetnym treningiem nie tylko do nauki języków, ale także do nauki reżyserii. Tłumacząc dialogi widzi się, co zostało niepotrzebnie powiedziane, albo sztucznie brzmi, a także co zostało dopowiedziane niepotrzebnie.
Sytuacja, kiedy ja z Mamą oglądamy filmy jest bardzo zabawna, bo Mama się zazwyczaj wczuwa w opowiadaną historię w której zawsze znajdzie interesujący wątek, a która czasami mniej mnie obchodzi, (lub wcale), niż sposób jej opowiedzenia.
Wygląda to tak, że Mama się mnie pyta, co ja np. sądzę o tym, co widzę (w trakcie oglądania), a ja o tym nic nie sądzę :-), bo obserwuję przypuśćmy od 20 minut zupełnie co innego - ruchy kamery, grę aktorską. Podczas kiedy historia opowiadana zagalopowała się już znacznie (mamy już ciążę, rozwód, powroty, rozstania, handel bronią, ucieczki, pościgi itd), ja nadal jestem zajęta myśleniem nad tym, jak to zostało zrobione i nie zajmuję się fabułą. Mama wtedy jest zawiedziona, że nie ma z kim omówić fabuły filmu.
Rzadko jakaś historia opowiadana w filmie potrafi mnie wciągnąć - w zasadzie coraz rzadziej.Jestem oldschoolowa i nie interesuje mnie za bardzo świat wyssany z czyjegoś palca, a wiele filmów jest takich.
Istnienie wiadomości z krótkimi newsami ze świata, cała masa reportaży o dramatach ludzkich, dostępna w telewizji co godzinę spowodowała, że filmy fabularne zostają w tyle, jest potworna dysproporcja, pomiędzy światem realizmu - bezrobocia, biedy, chorób, tragedii, a tym, o czym niekiedy się filmy kręci. Dla mnie wciąż nie do pobicia, jeśli chodzi o opowiadaną historię jest film "Zawód reporter " Michelangelo Antonioniego.
O filmie "Zawód reporter":
Reporter David Locke zmęczony swoim zawodowym i osobistym życiem postanawia je zmienić. Przypadkiem natrafia na ciało zmarłego biznesmena w hotelu, w którym także mieszka w Afryce. Zamieniając zdjęcia w paszportach przyjmuje cudzą tożsamość.
Co z tego wynika dalej, należy obejrzeć. Na temat tego 119 - minutowego filmu powstało setki prac magisterskich, książek, doktoratów. Główną rolę gra Jack Nicholson (lepiej być nie mogło :-).
To jest moim zdaniem skończone arcydzieło, jeśli chodzi o opowieść filmową o człowieku.
Każdy człowiek inaczej patrzy na świat. To jest bardzo fascynujące, że każdy człowiek inaczej widzi rzeczywistość. Kryje ona ogromne tajemnice.
Kiedyś pamiętam czytałam wspomnienia Ryszarda Kapuścińskiego, o którym już pisałam we wcześniejszych postach, o jego dzieciństwie i pamięci.
Ryszard Kapuściński miał siostrę, z którą się wychowywał, razem się zawsze bawili i wszędzie chodziili. Kiedyś zaczęli wspominać swoje rodzinne miasto Pińsk, różne ulice. I okazało się, że pamiętają te same rzeczy zupełnie inaczej. Do tego stopnia różniło się to, co pamiętali, że ktoś postronny mógłby pomyśleć, że nie jest to to samo miasto. Na przykład ulica, którą zapamiętał Ryszard Kapuściński z dzieciństwa, jako ulicę pustą bez ani jednego drzewa, według jego siostry była ulicą gwarną, przy której rosło wiele drzew.
Tak samo jest z rzeczywistością. Dlaczego jedni widzą tę samą ulicę jako pustą, a inni jako gwarną. Jest to metafizyka, której nigdy się nie odgadnie.
W odgadywaniu metafizyki życia może pomóc moim zdaniem bardzo sztuka i obcowanie z nią.
Wydaje mi się, że wielki talent artystyczny polega na tym, że człowiek widząc to co wszyscy, potrafi opisać to tak pięknie i wzruszająco, że inni też chcą to przeżyć, zobaczyć, w tym wypadku talent twórcy przybliża odbiorcy opowiadaną historię, czy film, czy pasję, czy jakieś uczucie. Nie mieli z tym problemu geniusze filmowi, tacy jak Fellini, Antonioni, Kubrick, czy Tarkowski.
Można w życiu bardzo wiele osiągnąć - zwiedzić cały świat, poznać najciekawszych ludzi, ale jeśli tego się nie będzie umiało przekazać innym, to po co to wszystko jest? Co ma rzeczywistość z kogoś, kto wszystko wie, jeśli się tym nie dzieli z innymi ludźmi?
Ogromnie rażą mnie stwierdzenia twórców tego rodzaju "zrobiłem ten film dla siebie i swojej dziewczyny a reszta mnie nie obchodzi co widz z tego będzie miał", albo "zrobiłem te zdjęcia w tym miejscu bo chciałem sobie zrobić ciekawe portfolio" itd.
Mam na myśli to, że akt tworzenia ogranicza się do wykonywania czegoś, co powinno być przekraczaniem jakichś niepokonanych barier, a niestety tym nie jest.
Pamiętam taką dziewczynę, która przyszła do pracy do dystrybucji filmowej, w której montowałam spoty europejskich filmów. Nie miała pojęcia o kinie, nie potrafiła wymienić ani jednego filmu, jaki widziała. Przyszła tam jak stwierdziła po to, aby "wpisać sobie coś extra w CV, co może się w przyszłości przydać". Strasznie się męczyła w tej pracy, a kiedy rozmawiano o filmach w grupie, zwyczajnie wychodziła na przerwę. Izolowała się od tego świata, to było dla niej obce. Chciała jednak stamtąd czerpać korzyści. Coraz częściej się zdarza że takich się też spotyka producentów, którzy nie z fascynacji kinem, a z chęci zysku chcą produkować filmy. Ja z takimi na szczęście nie będę nigdy współpracować, gdyż po 1 minucie rozmowy to już widzę, czego ten człowiek ode mnie chce. Kiedyś tego nie widziałam od razu, za co musiałam odcierpieć. Teraz wolę sama do czegoś dojść, niż pracować z ludźmi, którzy chcą wzbogacić się, partacząc nawet swoje obowiązki.
To ogromnie smutne, kiedy tak się dzieje. A niestety jest to coraz częstsze i to nie tylko w branży artystycznej. Coraz częściej spotkać można lekarzy bez powołania, czy nauczycieli bez powołania, czy nawet "pasjonatów" bez pasji. Co robić? Oczywiście robić swoje. I czekać na odpowiedni moment.
Ten konkurs wydaje mi się bardzo interesującą szansą dla mnie, dlatego wzięłam w nim udział. To przyniosło mi także pewien rodzaj nowego doświadczenia - skoncentrowania się na sobie, gdyż nigdy nie pisałam żadnego blogu, a wywiadów udzielałam bardzo mało, bo wydawało mi się to nieskromne. Nigdy też nie sądziłam i nie sądzę, że to, do czego doszłam zupełnie sama, można powiedzieć w obcym państwie, gdyż długo nie miałam nawet polskiego obywatelstwa ani nawet gdzie mieszkać, jest nieosiągalne dla innych - bo jest. Trzeba tylko chcieć rozwijać swoją pasję. Oczywiście jeśli się nie ma narzędzi, w moim przypadku, kiedy nie mam kamery, tej pasji się rozwinąć nie da tak, jak bym chciała.
Pozostaje fotografia, literatura. I marzenie, że kiedyś się kupi kamerę. Jest ona bardzo droga. Niestety nikt nie daje tak wysokich pożyczek, a zarobić takich pieniędzy bez kamery i filmu, jaki się nią zamierza zrobić też się nie da...
Rzeczywistość - to gotowy scenariusz na filmy. To, co widzimy jest wspaniałe, tajemnicze, inspirujące. To, jak zobaczymy świat, zależy tylko od nas.
Gdy pokazuję świat małemu dziecku (na zdjęciu z moim aparatem uczy się patrzenia), to co innego kiedy pokazuję go swojej Matce (na zdjęciu także ze mną). Co innego kiedy oglądam film Hitchcocka i patrzę jego oczyma, a co innego kiedy patrzę oczyma Kieślowskiego - także na zdjęciu :-). Każdy świat widzi swoimi oczyma i chce mi go pokazać jak go widzi. Do mnie należy zobaczyć go po swojemu.
Mnie inspiruje wszystko. Ludzie, przyroda, rozmowa, muzyka. Miasta.
Warszawa inspiruje mnie do tego stopnia, że chciałabym zrobić o niej rewolucyjny film - i gdybym wygrała w tym konkursie, natychmiast się za to zabiorę. Mam w głowie tysiące pomysłów, scenariusz bardzo się podoba, spotkał się z aprobatą Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który dał pieniądze na scenariusz. Jest to już blisko 180 stron. Będzie w tym filmie bardzo wiele ciekawych wątków - współczesny świat widziany z wielu perspektyw. Będzie też w filmie bardzo wielu ciekawych ludzi, wspaniały nieprawdopodobnie inteligentny bohater, związany ogromnie z tym miastem, ale także znający cały świat - najciekawszy moim zdaniem mieszkaniec Warszawy, którego nie mogę na razie zdradzić z przyczyn oczywistych, bo film jeszcze nie powstał :-).
Kocham kino i mam nadzieję, że nie będę miała finansowych ograniczeń w jego tworzeniu.
Zapraszam do obejrzenia moich zdjęć zrobionych w tym roku.
Każde zdjęcie mogło by stanowić inspirację moim zdaniem do jakiejś filmowej historii.Taka jest właśnie mijana przez nas, czasem obojętnie rzeczywistość. Niesie ona ogromny ładunek.
Ci, co podróżują, wiedzą, że podróż, której się nie utrwali na zdjęciach, zaniknie w pamięci, nie mówiąc już o tym, że nikt jej nie zobaczy. Podobnie jest z filmem. Jeśli nie opowiem tych historii, które widzę, one przepadną.
A kino moim zdaniem ma największą moc, ze względu na to, że w sposób bardzo szybki działa na nasze emocje, jakie przyżywamy. A życie bez emocji, to nie życie. Kino jest życiem. Po prostu.
2009-08-20
WALDEMAR MILEWICZ - KORESPONDENT WOJENNY. DZIŚ ROCZNICA JEGO URODZIN. O ETYCE ZAWODOWEJ. FRAGMENT MOJEGO FILMU. MÓJ NAJWIĘKSZY SUKCES - FILM URATOWAŁ LUDZKIE ŻYCIE. LINKI - OBEJRZYJ CAŁY FILM!
Dziś 53 rocznica urodzin dziennikarza wojennego, Waldemara Milewicza.
Dzisiejszy poranek, tak samo jak 20 sierpnia w roku 2008, 2007, 2006, 2005 i 2004 spędziłam na Cmentarzu Wojskowym zapalając znicz na Jego grobie. Nie mogę się pogodzić, że ten wspaniały człowiek umarł.
Był (to słowo "był" najtrudniej napisać) niepokonany - jako dziennikarz oddawał się temu co robi, do reszty. Ale nie był tylko dziennikarzem. Był też człowiekiem z wrażliwością na świat, a tym co robił, chciał pomóc ludziom żyjącym w regionach wojny i udawało Mu się to przez kilkanaście lat swojej ryzykownej pracy.
Zawsze tam gdzie jest wojna, panuje także bieda. Misją Waldemara Milewicza było pokazać światu tragiczny los ludzi na wojnie, to był jego zawodowy priorytet. Robił to w sposób jedyny i niepowtarzalny, jego materiały były prawdziwe, porażające w swoim przekazie i widać było od razu, czym jest dla niego jego praca.
Grób Waldemara Milewicza na Powązkach Wojskowych w Warszawie to krwawa pieczęć XXI wieku.
7 maja 2004 r. w drodze z hotelu "Palestyna" w Bagdadzie do Nadżafu samochód polskiej ekipy dziennikarzy po kilkudziesięciu kilometrach, w drodze na dokumentację, ostrzelano z broni maszynowej. Strzały padły z tyłu, Waldemar Milewicz zginął od pierwszej serii, potem auto wpadło w ziemię, zatrzymało się i w tym momencie z samochodu, w którym byli terroryści, padła druga seria strzałów.
Zginął także algierski montażysta, który miał polskie obywatelstwo, Mounir Bouamrane. Trzecia osoba, operator kamery, Jerzy Ernst został ranny w przedramię. Przewodnikowi irackiemu ekipy filmowej Azisowi, nic się wtedy nie stało.
Azis najprawdopodobniej nie żyje, możliwe, że wykonano na nim wyrok śmierci za pracę z polskimi dziennikarzami.
Grób Waldemara. Najpierw leżał tam sam, w pustej alei, prawie na końcu cmantarza. Ale teraz w tej alei jest wielu umarłych. O Nich może kiedy indziej, teraz o Nim.
Rozmawiałam z Waldemarem kilka razy w życiu, pierwszy raz w roku 2001, poznaliśmy się w TVP. Pracowałam przy filmie dokumentalnym o tragicznych skutkach szybkiej jazdy samochodem i tak się zapoznaliśmy, zwyczajnie, w pracy, poświęcił mi bardzo dużo czasu na rozmowę, był bardzo ciekawy moich planów i filmów, jakie zrobiłam. Widziałam Go jeszcze parę razy potem, zawsze miał czas na rozmowę.
Jego śmierć mnie boli potwornie, bo zginął za prawdę, zginął tylko dlatego, że szukał prawdy. Taka śmierć jest śmiercią zadaną nie tylko jednemu dziennikarzowi poszukującemu prawdy, ale wszystkim tym, którzy poprzez medium filmowe,, tej prawdy szukają. Ta śmierć zadana jest także mnie.
Zapamiętałam Go jako człowieka bardzo spokojnego, o bardzo dobrych oczach, ale też niezwykle dowcipnego. Dziś, gdy sobie przypominam Go żywego, uważam, że pamięć o Nim powinna trwać i zaznaczyć się mocniej. Nie wiem jeszcze jak, ale nie wystarczy nazwać szkołę Jego imieniem, to też ważne i potrzebne, ale trzeba zrobić więcej, o wiele więcej.
Dlaczego strzelano do tego dziennikarza?
O tym nie można zapomnieć, że zginął za swoją odwagę - wyruszył na wojnę bez karabinu, bez czołgu, bez kasku - wyruszył na wojnę z kamerą i mikrofonem. O tym, dlaczego nie wrócił z tej wojny - nie można zapomnieć.
W jednym z pierwszych moich postów na niepokonanych można przeczytać wiersz poświęcony Waldemarowi Milewiczowi - zapraszam do czytania.
Cóż mogę dziś więcej powiedzieć? Dziennikarz w Iraku, to tarcza, cel. Gdy się zabije kogoś ważnego, świat o tym usłyszy, będzie głośno. Terroryści osiągnęli swój cel. Było głośno i jest głośno. Na kamiennym nagrobku widnieje Jego twarz. I Waldemar Milewicz nie żyje. Ale musi być głośno nie tylko dlatego, co mogą terroryści i co robią terroryści.
Chciałabym przy okazji wspomnienia o Waldemarze poruszyć bardzo ważny dla mnie temat, a nierozłączny z moim zawodem, mianowicie sprawy etyki zawodowej w filmie dokumentalnym. Zawsze się tym kieruję w swoich filmach, które poruszają temat życia ludzkiego.
Film dokumentalny jest zawsze sprawą umowną, jest małym fragmentem z wielkiego fragmentu, jakim jest nasze życie. Nigdy film nie wyczerpie tematu, może go jedynie w sposób artystycznie piękny i etycznie czysty przedstawić.
Film dokumentalny zazwyczaj opowiada o życiu jakiegoś człowieka, czy ludzi. Życie człowieka składa się z miliona różnych zdarzeń, sytuacji, zmienia się bezustannie.
Nie jesteśmy i być nie możemy tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy 5, 10, 20, 30, 50 lat temu, w zależności od tego w jakim jesteśmy wieku. Ale też nie będziemy tacy sami, jacy byliśmy wczoraj, jeśli to właśnie wczoraj, stało się w naszym życiu coś przełomowego - a dla każdego człowieka pisany jest inny los. O tym nie może zapomnieć twórca filmów dokumentalnych.
Etyka zawodowa to trzymanie się prawdy na tą, dzisiejszą chwilę. Jeśli dziś, mój bohater mi mówi, że jest mistrzem Polski w jakiejś dziedzinie sportu i robię o nim film jako o sportowcu, to robię film o kimś, kto jest mistrzem Polski. Ale jeśli ten człowiek odkrywa przede mną, że w przeszłości, w dzieciństwie przyczynił się w nieumyślnej bójce do śmierci człowieka, to robię film o mistrzu Polski, który w przeszłości przyczynił się do nieumyślnej śmierci człowieka, w przypadkowej bójce. Trzymam się ciągle prawdy, którą ten człowiek jest w stanie mi wyjawić o sobie, staram się trzymać tylko tej prawdy. Jeśli mi nic nie mówi o sobie, to także trzymam się tylko tego, że mi nic o sobie nie mówi. I cierpliwie czekam, bo moim celem jest dążyć do możliwie najpełniejszej prawdy o człowieku.
Sportowiec, który przyczynił się do śmierci człowieka. Nastolatek, który nigdy nie widział matki, uzależniony od wąchania, zagubiony, mieszka w kanale. To jest przykład bardzo drastycznego życia, ale właśnie takie prawdy dzień po dniu objawiały mi się podczas dokumentacji mojego filmu "Trudno złapać wizję".
Te prawdy - każda coraz silniejsza, wyszły od tego człowieka, on sam chciał mi o nich opowiedzieć, sam chciał mi je przekazać.
W filmie, poza tym młodym człowiekiem, którego fragmenty wypowiedzi zamieszczam (należy je oglądać w takiej kolejności: 6,7,8,9,3,1,2,4,5 aby była to wypowiedź chronologiczna). jest jeszcze kilku innych młodych ludzi.
Niestety program do zamieszczania filmów na tej stronie ułożył to po swojemu, ale wystarczy klikać kolejno w te cyferki, które podałam, aby wysłuchać chronologicznie opowieści tego szczerego chłopaka.
"Film "Trudno złapać wizję" jest najbardziej odważnym filmem, jaki powstał w ciągu wszystkich lat istnienia Szkoły Filmowej w Łodzi" - takie słowa usłyszałam od ówczesnego rektora Filmówki, śp. Henryka Kluby, który osobiście pomógł mi w realizacji tego filmu i osobiście uruchomił jego realizację wtedy, kiedy trzeba było natychmiast działać.
Nakręciłam ten film w Łodzi, po trwającej trzy miesiące niewyobrażalnie trudnej dokumentacji. Zdjęcia do filmu powstały w dwa dni, a dokumentacja trwała aż trzy miesięce - nazywam ten czas dokumentacją, chociaż de facto był to okres potrzebny młodzieży do tego, aby zdecydować się na wkroczenie kamery w ich świat.
Jak do tego doszło i dlaczego się tak stało, że przez tyle miesięcy ten film nie mógł powstać?
W kanale w Łodzi zamieszkało kilka młodych osób. Napisał o tym Dziennik Łódzki.
Przeczytałam o tym i natychmiast postawiłam cały akademik na nogi, aby pomóc tym dzieciakom.
Była niedziela, późny wieczór. Po paru godzinach udało mi się zebrać dwa duże worki ciuchów (niepotrzebnych już ich właścicielom), po drodze kupiłam jedzenie i wyruszyłam do kanału. Rzeczy zebrałam dlatego, że to była zima, a w artykule było napisane, że te dzieci nie mają rzeczy, nie mają w co się ubrać.
Faktycznie tak było, zastałam tam, pod ziemią, w cuchnącym kanale kilka dzieciaków w wieku 12-18 lat., głodnych, bosych i bez kurtek.
Spędziłam z nimi 4 godziny, było bardzo niebezpiecznie. Była noc, oni byli naćpani, nieufni, podejrzliwi. Od płaszczyzny ziemi dzieliło mnie kilka dobrych metrów, gdyby którykolwiek chciał mi coś zrobić - a było tam około 15 osób, nikt by mnie nie usłyszał., nad nami jeździły samochody.
Po tej pierwszej rozmowie z nimi, postanowiłam, że będę im pomagać ze wszystkich swoich sił, jakie mam, gdyż nikt się nimi nie interesuje. Żadna instytucja nie chciała się włączyć w pomoc dla tych dzieciaków. Zostałam sama.
Po zajęciach w szkole fiilmowej, gdzie mówiło się o kinie, oglądało się wartościowy repertuar światowy, szłam do kanału, kupując zawsze z bardzo skromnego stypendium naukowego (które było jedynym moim źródłem utrzymania) coś ciepłego do jedzenia, bo wiedziałam, że oni nie mają i że nikt inny im nie da.
Nikt nie chciał mi towarzyszyć, czemu się nie dziwię. W kanale było bardzo gorąco, czasem duszno, okropnie śmierdziało i być tam nawet kilka minut, było już wielkim poświęceniem i zagrożeniem zdrowia.Dwa razy wylądowałam nawet w szpitalu.
W kanale byłam kilka razy w tygodniu po kilka godzin. Poznałam dobrze tą młodzież, która w moich oczach nie była zła. Chciałam i wiedziałam już, że muszę zrobić o nich film, pokazać jak cierpią, że to jest wszystko co mogę zrobić od siebie.
Jedyną moją bronią w walce z rzeczywistością, którą zastałam, była wiara, że uda mi się zrobić ten film.To jest przecież to, co potrafię zrobić - moim środkiem komunikacji ze światem jest kino. Młodzież w ogóle nie chciała o tym słyszeć. I ja nie narzucałam się. Starałam się ten temat poruszać, ale mówili "nie". W pewnym momencie zaczęli mówić "tak". A potem znów "nie". I znów "tak". Wtedy, kiedy już poczułam, że są gotowi otworzyć się nie tylko przede mną, ale także przed kamerą, uruchmiłam produkcję.
Szkoła bardzo mi w tym pomogła, zamówiono specjalnie bardzo drogą kamerę na dwa dni do tego celu, jakiej w szkole nie było nigdy, aby ten film, w warunkach niedoświetlenia mógł powstać. I powstał. Na montaż udało mi się namówić śp. Katarzynę Maciejko - Kowalczyk, wybitną polską montażystę, co było ogromnym sukcesem, gdyż ona montowała tylko profesjonalne filmy dokumentalne, i to z najlepszymi. Ja byłam na pierwszym roku studiów. Pokazałam Jej materiały u Niej w domu, gdzie miała swój stół montażowy - powiedziała "siadaj, montujemy od dziś". Zmontowałyśmy.
Film otrzymał nagrodę na festiwalu filmowym w Krakowie (co jest wielkim sukcesem światowym), i m.in,. GRAND PRIX na festiwalu w Rzymie - w uzasadnieniu jury było napisane "za wybitne walory humanitarne w docieraniu do prawdy, ukazanie w sposób przejmujący dramatu młodzieży, doskonałą reżyserię i doskonały montaż".
Ale to nie koniec. Film pokazałam w Urzędzie Miasta Łodzi. Dzieci dostały natychmiastową pomoc - fachową i pełną. Dwójka z nich, pełnioletnich, otrzymała w ekspresowym terminie mieszkanie. Wszyscy wyszli na prostą, są teraz normalnymi ludźmi, założyli swoje rodziny.
Udało się. Za pomocą 15 minut filmu udało się to, co nie udało się osobiście im samym, przez wiele lat , pukając do wielu drzwi, pisząc wiele podań - drzwi się przed nimi zamykały, zostały im tylko narkotyki - ucieczka od realności, która ich zepchnęła jak szczury pod ziemię.
Właśnie obojętność ludzka jest czasem powodem czyjegoś upadku, szczególnie tak młodych ludzi.
Z reaizacji tego filmu mam ogromną satysfakcję - obrałam właściwy kierunek. Wdychałam wiele miesięcy smród, byłam sama, często wracałam do akademika pozbawiona nadziei, że świat ujrzy, co zrobiono z tą młodzieżą, wątpiąca w to czy oni zgodzą się żeby ich nakręcić?
Mój ból i moje cierpienie, codzienna niepewność było niczym w porównaniu z tym, że kilku staczającym się na dno dzieciakom, udało mi się pomóc w ostatniej chwili ich walki o życie. Uratować ich od śmierci.
Dzięki mojej ogromnej wytrwałości, dzięki przekonaniu, że mogę to opowiedzieć, że opowiedzieli mi prawdę o sobie, dzięki wierze w siebie i w sens tego co robię, dzięki przekonainiu, że jeśli z tego zrezygnuję, ile warte będą moje następne filmy?
Tak samo czuł prawdopodobnie Waldemar Milewicz, którego nic nie powstrzymało przed udaniem się w najniebezpieczniejszy rejon świata, aby ludzie zobaczyli prawdę. Rozumiem go w 100% i proszę o pamięć o tym człowieku.
Jeśli chodzi o etykę zawodową na przykładzie mojego filmu.
Mistrz Polski w zapasach, sierota wychowywany przez babcię, zastąpił się wraz z innymi kolegami za swojego kolegę, który był ciągle bity przez jej partnera. Chłopcy bili tego faceta. W agresji, właśnie jego kop okazał się dla tego człowieka śmiertelny. Opowiedział mi o tym, ale nie chciał mówić tego do kamery. Nagle, kiedy skończyliśmy już zdjęcia, powiedział mi po cichu, że chciałby o tym powiedzieć, bo tego żałuje i chce przestrzec innych. Powiedział - podziwiam jego odwagę.
To stało się, gdy miał 11 lat, już za to odpowiedział, ale sumienie do końca życia będzie go męczyło. Mówi o sobie - "piętno zabójcy ciąży na mnie".
To dobrze, że to powiedział, film dzięki temu ma pełniejszą treść i wzmacnia obawę, do czego prowadzi puszczenie dzieci samopas, rzucenie ich jak szczury do kanału.
Cieszę się, że wyszło to od niego, a nie ode mnie i że nie jest to prawda, wypowiedziana ustami samego oprawcy i winnego temu, a także bezbronnego sieroty, niewinnego temu, jaki spotkał go los.Chłopca, który mógł stać się naszym olimpijskim mistrzem.
To jest etyka zawodowa - pokazywać to, na co mi pozwala człowiek, o którym opowiadam.
Kamera jest ogromnym narzędziem w walce o prawdę. O prawdę, o którą należy walczyć dla ratowania ludzkiego życia.
Jeśli wygram w tym konkursie, to z pewnością posiadając swoją własną kamerę, będę mogła w sposób praktyczny i nieskrępowany kontynuować realizację mojego wewnętrznego powołania - nie tylko realizując artystyczne projekty filmowe, o jakich realizacji marzę i jakie mam nadzieję przyniosą sławę Polsce, jak to było do tej pory, ale także ważne tematy społeczne.
Film w całości można obejrzeć pod tym linkiem (podzieliłam go na dwie części bo inaczej się nie mieści):
http://www.youtube.com/watch?v=skiMKzTTYss - część pierwsza
http://www.youtube.com/watch?v=mQHxeJ1V_yU - część druga